Wokół porodów domowych wciąż krąży sporo mitów. Wiele osób nadal uważa to za zbyt ryzykowne, choć standardy okołoporodowe jasno określają, że kobieta ma prawo rodzić w warunkach pozaszpitalnych. Niektórzy dostrzegli taką możliwość wraz z pojawieniem się pandemii. O czym warto pamiętać, jeśli chcemy rodzić w domu, i jak się do tego przygotować, opowiada Anna Sochańska, położna przyjmująca porody domowe.

Czy pandemia wpłynęła na to, jak postrzegane są porody domowe w Polsce?

Tak. Więcej kobiet zaczęło rozważać tę opcję. Wśród nich były takie, które dzwoniły do mnie w sprawie porodu w domu, bo bardzo chciały rodzić z osobą towarzyszącą. Natomiast to nie jest ogólnie dobra motywacja. Lepszą jest taka, w której kobieta jest w ciąży z kolejnym dzieckiem, gdzie poprzednie przyszło na świat w szpitalu, i nie robi jej różnicy, czy znów urodzi tam, czy u siebie. Istnieje większe prawdopodobieństwo, że w takim przypadku poród skończy się dobrze w domu, bo kobieta jest już przekonana o tym, że potrafi rodzić. Natomiast jeśli chodzi o pierwsze dziecko, to w mojej opinii jest to trochę ryzykowne, jeżeli za porodem domowym przemawia głównie argument rodzenia z partnerem.

To co byłoby w takim razie dobrą motywacją? Rozumiem, że samo to, że partner będzie obok, to jeszcze za mało.

Ważne jest przekonanie kobiety, że da radę urodzić. To niesamowicie istotne w porodzie domowym, aby rodząca nie miała wątpliwości co do tego, czy podoła tym mocnym skurczom, które będą narastały. Kobieta, która rodzi pierwsze dziecko, nie wie, z czym jej się przyjdzie zmierzyć. To przekonanie, że sobie poradzi, to główny czynnik, który pozwala na to, aby poród przebiegł prawidłowo. Oczywiście każda para powinna być też odpowiednio do tego przygotowana. Para – nie tylko kobieta. Ważne jest nie tylko przekonanie, że poród domowy jest dobry i że najlepiej sprzyja fizjologii, lecz także odpowiednie zadbanie o ciało, w tym m.in. wizyta u osteopaty i u fizjoterapeuty uroginekologicznego, ćwiczenia czy praca nad zachowaniem odpowiedniej postawy ciała, aby dziecko ułożyło się prawidłowo. Istnieje wiele czynników, które będą sprzyjały temu porodowi.

Wiele osób nie wie, że do porodu domowego trzeba się zakwalifikować. Co to właściwie oznacza?

Kwalifikacja do porodu domowego ma trzy, a może nawet cztery etapy. Najpierw kobieta do mnie dzwoni i już wtedy zbieram krótki wywiad, który mógłby ją wyeliminować z porodu domowego. Pytam m.in. o to, czy choruje na choroby przewlekłe (np. cukrzyca, nadciśnienie) albo jaką ma historię poprzednich porodów, bo niektóre czynniki mogą ją zdyskwalifikować z porodu domowego. Później się spotykamy i przeglądam wyniki badań, ponownie zbieram wywiad i tu następuje druga kwalifikacja. Jak kobieta przejdzie przez to pozytywnie, to w 37. tygodniu ciąży, kiedy tak naprawdę może już zacząć rodzić, sprawdzam bieżące wyniki: morfologię, badanie moczu, prawidłowo wykonane USG. Do porodu domowego zalecamy dokładne USG zrobione około 37. tygodnia ciąży, aby się przekonać, czy dziecko jest w dobrym stanie, czy łożysko faktycznie dobrze funkcjonuje, czy wytrzyma skurcze itd. Trzeba wyeliminować wszystkie czynniki ryzyka. Ostateczna kwalifikacja tak naprawdę jest w momencie mojego przyjazdu do porodu. Wtedy badam kobietę i zbieram szczegółowy wywiad. Może się np. zdarzyć tak, że odpłyną zielone wody płodowe – to jest dyskwalifikacja. Po zbadaniu tętna dziecka może się okazać, że jest ono nieprawidłowe, wtedy jedziemy do szpitala. Na każdym etapie może się pojawić powód do dyskwalifikacji z porodu domowego.

Kiedy najlepiej zgłosić się do położnej?

To bardzo ważne, aby dobrze poznać swoją położną. To zwiększa szansę poród w domu. Badania naukowe wykazują, że jeśli para dobrze zna swoją położną, to zmniejsza to ryzyko komplikacji podczas porodu. Dzięki temu znam kobietę, wiem, jak ona reaguje, często o czymś wiem, jeszcze zanim ona mi o tym powie. Im szybciej się zgłosimy i im więcej razy się spotkamy przed porodem, tym lepiej. Dobrze jest zadzwonić ok. 12 tygodnia ciąży, czyli po wykonaniu pierwszego USG.

Czyli pod koniec pierwszego trymestru. 

Tak, chociaż są dziewczyny, które dzwonią nawet wcześniej.

A co w przypadku tych, które zgłaszają się dosyć późno? Czy mają jeszcze wtedy szansę na poród w domu? Zauważyłam na grupie Poród Domowy Polska, że wraz z rozpoczęciem pandemii wiele kobiet na zaawansowanym etapie ciąży zaczęło szukać położnej. Co wtedy?

Jeżeli tylko położna jest wolna, to jak najbardziej. Istnieje jednak ryzyko, że już nie będzie miała miejsc. Aby jak najlepiej otoczyć kobiety opieką, mamy pewne ograniczenia. Każda z nas ma jakiś limit osób, które przyjmuje na dany termin. Czasami zdarza się, że akurat jakieś miejsce się zwolniło, bo np. ktoś urodził wcześniej, ale wtedy wszystko jest przyspieszone, trochę na wariackich papierach. Niektórym to przeszkadza, innym nie. Trzeba też pamiętać, że przy porodzie domowym jest dosyć sporo spraw organizacyjnych, których trzeba dopilnować. Nie jest to komfortowa sytuacja, ale jeśli tylko jest możliwość, to dajemy taką szansę.

Jakich spraw organizacyjnych jest sporo?

Trzeba chociażby znaleźć lekarza, który zrobi dobre USG, a z tym często jest problem. We Wrocławiu akurat współpracuję z kilkoma ginekologami, więc nie jest to trudne, ale już w innych miastach znalezienie takiego, który zrobi USG do porodu domowego, nie jest tak łatwe.

A czym to USG różni się od standardowego?

W ciąży są zalecane trzy albo cztery USG. Do porodu domowego wymagane jest dodatkowe USG w 37. tygodniu ciąży, które sprawdza przepływy. Bardzo ważne jest to, aby było wykonane rzetelnie. Istotne jest również to, aby lekarz nie wystraszył kobiety, np. owinięciem pępowiną, i aby wydał opis badania, bo okazuje się, że nie wszyscy to robią. Na tej podstawie sprawdzam, czy wszystko jest prawidłowo.

Skoro padło już hasło „owinięcie pępowiną”, to zapytam o to, co często pojawia się przy dyskusjach o porodach domowych: a co, jeśli coś się skomplikuje?

Większość dzieci rodzi się w jakiś sposób owinięte pępowiną. Będąc z kobietą w domu (często są to dwie położne na jedną kobietę) i obserwując przebieg porodu, osłuchując regularnie tętno, jesteśmy w stanie wyłapać ten moment, kiedy tętno z powodu tej pępowiny dopiero co zaczyna delikatnie spadać. Większość dzieci przychodzi na świat owinięte pępowiną i nic się nie dzieje. Ale jeżeli miałoby to przeszkodzić porodowi, to już na początku pojawią się łagodne objawy. Już przy nich robimy transfer do szpitala, czasami z dużą dozą wątpliwości, czy słusznie, ale nie chcemy ryzykować. Każdy spadek tętna będzie dla nas powodem, aby jechać do szpitala. Warto przy tym wyjaśnić, co mam na myśli, mówiąc o spadku tętna. Normalnie tętno dziecka jest w okolicach 140 uderzeń na minutę. Jeżeli na skurczu spada ono np. do 100, to już jest powód do transferu. Nie czekam aż będzie wynosić 60, tak jak się nieraz dzieje w szpitalach. Jeśli w szpitalu dziecku spada tętno, to nie robi się od razu cięcia, tylko obserwuje, podłącza kobietę do KTG i poród trwa. W domu jesteśmy w stanie wyłapać wiele rzeczy na bardzo wczesnym etapie i możemy zrobić transfer czasami trochę na wyrost, aby zapobiec jakimś ewentualnym komplikacjom.

Co może być powodem transferu?

Zaburzenia w tętnie dziecka, zielone wody płodowe czy brak postępu porodu, który jest najczęstszym powodem. Standardy opieki okołoporodowej określają, jaki powinien być postęp porodu i tego się trzymamy. Może się też zdarzyć taka sytuacja, że odpłyną wody płodowe i w ciągu 24 godzin nie zaczyna się czynność skurczowa – wtedy będzie potrzebny poród w szpitalu. Zdarzają się też transfery po porodzie.

Z jakiego powodu?

Najczęściej pojawiają się problemy z krwawieniem albo z kompletnością łożyska czy z zatrzymanym łożyskiem. Mamy oczywiście cały sprzęt i leki, zaopatrzamy kobietę, ale jeżeli np. nie udaje nam się opanować krwawienia, wtedy jedziemy do szpitala. Pojedziemy tam też w sytuacji, gdy łożysko nie urodzi się kompletne – nie łyżeczkujemy w domu. Najczęściej kobieta z porodu domowego jest przyjmowana do szpitala ambulatoryjnie. Zwykle szybko wraca do domu.

Jest przewożona razem z dzieckiem, czy jak to wygląda?

Jeżeli są to problemy z mamą, to bardzo często dziecko zostaje w domu z tatą, żeby nie wozić zdrowego noworodka do szpitala. Zazwyczaj kobieta wraca do domu po trzech, sześciu albo dwunastu godzinach, w zależności od sytuacji.

Czy może jej wtedy towarzyszyć położna domowa?

W czasach pandemii jest to właściwie niemożliwe. Ale jadę z kobietą, aby przekazać dokumentację medyczną i aby osoby, które będą się nią opiekowały, wiedziały, co się wydarzyło.

A jak wygląda kwestia tych wszystkich procedur po narodzinach dziecka typu podanie witaminy K, pobranie krwi z pięty do badań, szczepienia, badanie słuchu itd.

Jako położne domowe nie szczepimy w domu, więc rodzice sami muszą to zorganizować w przychodni lub poradni szczepiennej. Jak najbardziej podajemy witaminę K, jeżeli tylko rodzice tego chcą. W trzeciej dobie pobieramy krew z piętki na badania metaboliczne. Jedynym badaniem, jakie trudno nam wykonać, bo jeszcze się nie spotkałam, aby położna miała odpowiedni sprzęt, jest badanie słuchu. Dobrze byłoby, aby rodzice umówili dziecko na to badanie w ciągu pierwszych dwóch–trzech tygodni życia (np. we Wrocławiu jest to możliwe w Polskim Związku Głuchych).

Czyli po prostu trzeba się zorganizować i poumawiać to wszystko wcześniej.

Tak, to jest to, o czym wspominałam na początku. W szpitalu część spraw jest załatwianych za nas, a tutaj jednak trzeba przygotować i jakieś podkłady do porodu, i ciało, i warstwę mentalną. Im lepiej to wszystko zrobimy, tym mniejsze ryzyko transferu. Przygotowanie rodziców do porodu jest istotne na różnych płaszczyznach. W szpitalu może być co prawda marnej jakości jedzenie, ale je podają, a w domu nie, więc trzeba zadbać o to, aby było co jeść. To może się wydawać banalne, ale przy kilkunastogodzinnym porodzie okazuje się bardzo ważne.

Po czym rozpoznajesz, że para jest gotowa na to, aby dziecko przyszło na świat w domu? Zdarzały Ci się takie sytuacje, że odmówiłaś?

Tak, np. gdy powodem do rodzenia w domu jest mocny lęk przed szpitalem. Albo gdy kobieta za wszelką cenę chce rodzić z partnerem, nie wyobraża sobie porodu bez niego. Rozumiem to, natomiast jeśli zaobserwuję u niej słabe przygotowanie merytoryczne, jeżeli widzę, że nie do końca ufa swojemu ciału, bo z jednej strony mówi, że chce urodzić w domu, a z drugiej strony całą ciążę brała luteinę, bo tak jej kazał lekarz, to jest to sprzeczne. Skoro podtrzymywała ciążę, to ona nie jest fizjologiczna. Czasami są takie sprzeczności, z których często nie zdajemy sobie sprawę.

Lubię, jak kobieta ufa swojemu ciału i wie, czego chce. Czasami obserwuję coś takiego, że ciężarna posłusznie słucha lekarza i nie widzi potrzeby skonsultowania się z innym, nawet jeśli dostanie jakieś niefajne zalecenia. Nie jest to dla mnie dyskwalifikacja, ale czerwona lampka. Kobieta rodząca w domu musi myśleć samodzielnie. Musi podjąć tę decyzję sama i musi wziąć też na siebie odpowiedzialność.

Co do odpowiedzialności – położne domowe też wiele ryzykują, i to prawem do wykonywania zawodu, jeżeli wydarzyłoby się coś złego.

Dokładnie tak. Jeżeli postąpimy niezgodnie z wytycznymi, jeżeli u kobiety wystąpiły czynniki ryzyka albo pojawiły się komplikacje i coś by się zadziało, to tracimy prawo do wykonywania zawodu. Dlatego często jesteśmy bardzo ostrożne i tego pilnujemy, bo chcemy dalej to robić i aby dzieci rodziły się bezpiecznie i zdrowe. I chcemy, aby wiele kobiet miało szansę na poród domowy, bo to niesamowite przeżycie.

Moim celem jest to, aby kobieta miała dobre wspomnienia z porodu, jej partner tak samo. Chcę dobrego porodu dla kobiety, cokolwiek to miałoby znaczyć. Jeżeli wystąpią czynniki ryzyka, które będą powodowały, że musimy jechać do szpitala, to tam jedziemy, ale kobieta musi mieć nastawienie, że tam również będzie dobrze i tam też da radę urodzić, a nie, że cały świat runął i koniec, jedno wielkie nieszczęście, bo miała transfer. Ona nadal będzie się witała ze swoim dzieckiem, tylko w trochę innych okolicznościach, na które nie mamy wpływu, bo poród jest dynamiczny. Miałam takie sytuacje, że rodzice tego nie rozumieli. Wtedy pojawiają się ogromne pretensje, że robię transfer, bo np. wody odpływają od 36 godzin. Oczywiście, że jedziemy wtedy do szpitala, bo co będzie później, tego nie wiem. Zdarzyło się raz tak, że kobieta pięknie urodziła w szpitalu, bez komplikacji, ale nie potrafiła się z tego ucieszyć, bo miała transfer. Bez sensu wprowadzać się w takie myśli.

Czyli po prostu chodzi o to, żeby nie nastawiać się, że w grę wchodzi tylko poród domowy i nic poza tym?

Dokładnie. Jest opcja A – dom, opcja B – szpital, a nawet i opcja C – poród przez cięcie cesarskie. Wszystko może się wydarzyć, na każdym etapie.

Chociaż tych cięć cesarskich w Twoich statystykach z 2020 roku nie było wiele.

Na 44 porody, które zaczęły się w domu, tylko jeden zakończył się cesarskim cięciem. W sprawie porodu domowego zgłosiło się do mnie więcej kobiet, ale na różnych etapach zostały zdyskwalifikowane, bo np. urodziły za wcześnie, od razu odeszły zielone wody czy ciąża była po terminie itd.

Patrzę też na te drugie statystyki, które udostępniłaś: sześć położnych z czterech województw, łącznie 130 porodów domowych w 2020 roku. Porody wertykalne – 99,2%, porody bez pęknięcia krocza – 60,8%, nacięcie krocza – 3%. Jak to się dzieje, że w warunkach domowych to wszystko jest możliwe, a w szpitalu poród wertykalny to nadal coś wyjątkowego, a nacięcie krocza jest w zasadzie rutynowe. Jak to jest, że w domu się da, a w szpitalu niekoniecznie?

W szpitalu rodzą inne kobiety, mają inne nastawienie. Większość osób czuje się najbezpieczniej w szpitalu i zazwyczaj ma inny pogląd na poród. Często kobiety nie ufają swojemu ciału, nie wiedzą, że mogą dobrze urodzić, więc nie wymagają od personelu medycznego, żeby rodzić w pozycjach wertykalnych, a wręcz zdarzają się sytuacje, w których wymuszają, aby np. naciąć krocze. Są takie historie. Kobieta, która decyduje się na poród domowy, jest przygotowana i ma inne nastawienie. Jako położna nie prowadzę porodu domowego, tylko podążam za kobietą. Ona instynktownie przyjmuje pozycje wertykalne. Nie zaburzam tego. Kobiety po prostu nie kładą się na łóżko w czasie rodzenia. Na 130 porodów, tylko jeden odbył się na leżąco. Nacięcie krocza to gruby temat. Na studiach położne uczą się ochrony krocza poprzez nacięcie, a nie ochrony poprzez nienacinanie. Jest takie przeświadczenie, że jak krocze się napina, jak bieleje, to trzeba je naciąć. A to jest mit. Stąd też takie statystyki.

Co chciałabyś, aby przeciętny Kowalski wiedział o porodzie domowym?

Chciałabym, aby ludzie wiedzieli, że przy porodzie domowym są osoby z wykształceniem medycznym. Pary, które decydują się na poród w domu, zatrudniają do tego położną, która ma odpowiednie kompetencje i potrafi zareagować w sytuacjach kryzysowych, ma umiejętności i sprzęt do tego, aby pomóc, gdy zajdzie taka potrzeba. To nie jest tak, jak kiedyś się rodziło w domu, gdzie – owszem – była większa śmiertelność. Dzisiaj możemy zakwalifikować kobietę do porodu i możemy zrobić jej tyle badań, że ryzyko, że coś się wydarzy, będzie małe. Ale nigdy nie powiem kobiecie, że nie ma żadnego, bo ono zawsze jest. Robimy wszystko, aby ten poród przebiegał jak najbardziej fizjologicznie, normalnie, ale w każdym momencie może pojawić się komplikacja i nikt nie obiecuje rodzicom, że będzie happy end. I w domu, i w szpitalu może dojść do poważnych powikłań. Żadne miejsce nie daje nam 100% bezpieczeństwa. Jednym z mitów jest to, że w szpitalu zawsze odpowiednio zareagują. Nieprawda, bo tam też dochodzi do różnych trudnych sytuacji.

Czy dużo jest jeszcze u nas do zrobienia w temacie porodu domowego?

Zdecydowanie tak. Zwłaszcza jeśli chodzi o zwiększenie świadomości ludzi, dlatego staram się rozpowszechniać tę wiedzę. Moje kobiety często spotykają się z nieprzychylnymi komentarzami, z zastraszaniem. Chcę, aby społeczeństwo zobaczyło, że porody domowe mają miejsce w Polsce i że są bezpieczne. Zależmy mi na tym, aby jak kobieta pójdzie na jakąś imprezę i powie o swoich planach, to żeby nie słyszała uwag o tym, czy się nie boi albo że coś się może stać, tylko żeby spotkała się ze zrozumieniem. Chciałabym też, aby kobiety nie były straszone przez lekarzy. Zależmy mi, aby byli oni świadomi, że porody domowe się dzieją, że jesteśmy wykwalifikowane i jest to jedna z opcji, którą kobieta ma prawo wybrać i nikt nie ma prawa tego krytykować.


Anna Sochańska – położna, absolwentka Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Przyjmuje porody domowe. Przygotowuje pary do porodu i rodzicielstwa. Zapewnia wsparcie w połogu. Udziela porad laktacyjnych. Swoją wiedzą i doświadczeniem dzieli się m.in. w mediach społecznościowych – na Facebooku i Instagramie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *