jak rozszerzyć dietę niemowlaka

Wprowadzanie nowych produktów do diety niemowlaka owiane jest jakąś taką, wręcz mistyczną otoczką, wokół której krążą plotki, mity, a nawet przesądy. Rodzic przerabiający temat po raz pierwszy, w obliczu tych wszystkich informacji i porad od koleżanek, cioć, babć i „forumowiczek” może nabawić się migreny, alergii, a nawet depresji! A wystarczą tylko dwa składniki – zdrowy rozsądek i intuicja. Czyli rzecz o tym, jak rozszerzyć dietę niemowlaka i nie zwariować.

Aktualne zalecenia

WHO zaleca wyłączne karmienie piersią przez pierwszych 6 miesięcy życia dziecka, a następnie (również przy mleku modyfikowanym) włączanie nowych, stałych pokarmów do jego diety. Zarówno owoców, warzyw, jak i mięsa, ryb oraz glutenu. Czyli rozszerzamy dietę dziecka dobrymi i zdrowymi produktami, czy to karmionego mlekiem mamy czy modyfikowanym, około szóstego miesiąca. I tyle z konkretów.

Hahaha, dobry żart. Jak to? A gdzie szczegółowa tabelka dotycząca konkretnych produktów włączanych w konkretnych tygodniach? Gdzie wytyczne dotyczące minimalnej ilości nowego posiłku? Gdzie wskazówki odnoszące się do formy podawania jedzenia? Brak (no może ktoś to gdzieś stworzył, ale nie ma co szukać, wszystko jest tutaj).

Jedyne wytyczne to podawanie zdrowego, nieprzetworzonego i niesmażonego jedzenia bez soli i cukru (schabowy z zasmażaną kapustą niestety nie wchodzi w grę) najlepiej stopniowo (z odstępem 2–3 dni), aby zauważyć ewentualne reakcje alergiczne.

Przyjmuje się też, że dziecku w 7–8 miesiącu podajemy 2–3 posiłki uzupełniające, a w kolejnych dodajemy jeszcze jeden lub dwa. Czyli dziecko około roku może otrzymywać 4–5 posiłków innych niż mleko + 1–2 zdrowe przekąski (jeśli ma apetyt) – więcej w tym wywiadzie Marty dla siostraania.pl

Napoje

I pozostała kwestia napojów dla dzieci. To chyba najprostsze zalecenie. Maluchom podajemy do picia wodę lub mleko mamy. Amen.

Amerykańska Akademia Pediatryczna nie poleca podawać dzieciom do 1. roku życia żadnych soków. Chodzi przede wszystkim o to, że w sokach jest więcej cukru i kalorii i o wiele mniej (bądź wcale) błonnika niż w surowych owocach. A to pierwszy krok w stronę otyłości i złego wpływu na stan uzębienia.

W przypadku dzieci powyżej pierwszego roku życia APP zaleca, aby dzienna porcja soku dla dzieci w wieku od 1 do 3 lat nie przekraczała 4 uncji (ok. 120 ml), w przypadku dzieci 4–6-letnich – 4–6 uncji dziennie (tj. ok. 120–180 ml), a u osób w wieku 7–18 lat – do 8 uncji (do ok. 250 ml).

Stare zalecenia, których nie musisz brać pod uwagę

Jeszcze kilka lat temu istniały zalecenia, w których polecano unikanie produktów alergizujących, opóźnianie podawania glutenu czy ryb (z rozpiską na konkretne miesiące). Funkcjonował również podział na rozszerzanie diety u dzieci karmionych piersią i mlekiem modyfikowanym (tym drugim wprowadzano posiłki uzupełniające już w 4. miesiącu). Okazało się jednak, że nie ma on żadnego uzasadnienia  i – na szczęście dla czekających na to babć – nie musimy zwlekać z podaniem kromki chleba do 9. miesiąca, a możemy dać ją do pomiętolenia już 6–7 miesięcznemu brzdącowi. Choć oczywiście wiele osób może być oburzonych, że dziecko ma czekać AŻ 6. miesięcy na zjedzenie czegoś innego niż mleko.

Dla kontrastu zajrzyjcie do zaleceń z lat 50. XX w., na które trafiła Marta, w których kilkutygodniowe niemowlęta mają jeść boczek:

Ważny dzień u Olka. W końcu, po 6 miesiącach życia na tym świecie matka dała mu do jedzenia coś innego niż mleko #ilemoznaczekac 🍌🍎🍲🍪🍮🍔🍟🍕🍗🍞🍜. A pomyśleć, że gdyby się chłopina urodził w latach 50. już dawno wsuwałby smażony boczuś. A tu zonk, trzeba jeszcze poczekać 😊. Ten fragment pochodzi z książki „Świat noworodka” (D.Maurer) i przedstawia zalecenia z 1956 ustalone przez lekarza Waltera Sacketta z Florydy, którego zdaniem matki powinny odstawiać od piersi już dwu-, trzytygodniowe dzieci, aby jak najszybciej przestawić je na dorosły rozkład posiłków. Trochę szok, nie? #matkodajjesc #boczek #rozszerzaniediety #dziecko #baby #book #ksiazka #jedzenie

Post udostępniony przez Synu, daj żyć (@synudajzyc.pl)


BLW czy papki

Znam zarówno zwolenników jednego, jak i drugiego rozwiązania i rozumiem argumenty każdego z nich. Kilka moich znajomych zdecydowało się rozszerzać dietę swoich dzieci trochę wcześniej niż w 6. miesiącu (co choć nie jest polecane, nie jest też zabronione) i ich wybór stanął na papkach. Jest to logiczne i uzasadnione pod względem bezpieczeństwa. Maluch, który nie siedzi – a zakładam, że w 4.–5. miesiącu tak jest, mógłby zakrztusić się podanym w całości bananem czy ugotowaną marchewką. A przy BLW*, samodzielne i stabilne siedzenie dziecka to warunek konieczny. Ja łączyłam te dwie metody, kierując się jednak bardziej w stronę BLW.

*„Baby Led Weaning”, czy z polskiego „bobas lubi wybór” to metoda samodzielnego jedzenia produktów w kawałkach, a nie papek – napiszemy o tym więcej wkrótce.

W pierwszych podejściach podałam Kubie zmieloną, ugotowaną marchewkę i prażone jabłko (z grudkami), a kiedy zobaczyłam, że radzi sobie całkiem nieźle z przełykaniem czegoś innego niż mleko, dałam mu do ręki ugotowaną marchewkę, pokrojoną w dostosowane do jego możliwości paski oraz banana, którego z namiętnością rozgniatał w małych, pulchnych rączkach. Którego miał koniec końców we włosach, na twarzy, szyi i nogach, a którego nie dało się potem sprać z ubrań, ostrzegam! Potem wchodziły kolejne produkty: ziemniak, burak, brokuł, melon i inne sezonowe owoce i warzywa, ale i kaszki (jaglana, gryczana, ryżowa – naturalne, bez żadnych dodatkowych składników, gotowane na wodzie z dodatkiem świeżych owoców. Po miesiącu od „startu” zdecydowałam się na zmiksowanie zupy z królikiem od mojej cioci i z każdym tygodniem Kuba próbował czegoś nowego (ogórki kiszone, pomidory, truskawki, maliny itd.). Wszystko w niewielkich ilościach, bardziej jako forma zaciekawienia niż pożywienia. I bez przymusu.

Nie zmuszaj

To zasada, którą kieruję się do dziś, a którą zaszczepił we mnie pewien lekarz, z którym miałam przyjemność przeprowadzać wywiad kilka lat temu, gdy jeszcze nie byłam mamą (tutaj link do rozmowy). Są dni, kiedy Kuba nie chce jeść nic oprócz bananów lub po prostu „nic”. I owszem, proponuję mu posiłki, ale jeśli po kilku kęsach lub łyżkach odmawia, nie walczę z nim, nie wpycham na siłę, bo „musi coś zjeść”. Zwykle bywa tak, że następnego/po kilku dniach nadrabia i je za dwoje (otwierając lodówkę i wybierając, co chce jeść lub reagując na moje propozycje), dlatego nie martwię się, że negatywnie się to na nim odbije.

Dla mnie BLW, oprócz brudnych ubrań, brudnej podłogi oraz brudnego wszystkiego, co znalazło się w zasięgu metra od fotelika do karmienia, to najlepsza na świecie zabawa sensoryczna dla malucha. Po pierwsze, dotyka jedzenia o różnej konsystencji, rozmiarze i kształcie. Po drugie, próbuje różnych smaków, które w zupce czy papce łączą się i nie dają takich doznań kubkom smakowym jak jedzone osobno. Po trzecie, ćwiczy umiejętności manualne, chwytając i próbując trafić ręką do buzi oraz – przypomnę – na podłogę. Po czwarte – wyrabia sobie smak!

Daj dziecku makaron i wypij sobie ciepłą kawę

Wskazówka: makaron, ryż lub inne drobne (ale na tyle duże, żeby się nie zakrztusić) produkty to idealna rozrywka dla dziecka, które zajęte podnoszeniem kolejnych muszelek lub rurek, pozwala zrobić rodzicowi coś w domu. Ja, aby ugotować obiad albo posprzątać (Wróć. Po co sprzątać, jak dało się dziecku samodzielnie jeść i zaraz znów będzie brudno :D), kładłam Kubie na talerzyku makaron spaghetti. Dziecko z głowy na minimum 15 minut!

Uwaga techniczna i złota rada w jednym: najgorszy do sprzątania jest makaron nitki, rozgniata się i marze na wszystkich powierzchniach. Zmoczony ręcznik papierowy może tu nie wystarczyć. Polecam jednak inne makarony, które łatwiej potem zebrać, typu muszelki, penne, spaghetti, kokardki (świderki wyślizgują się z ręki).

W ogóle, jeśli szukacie pomysłów na zabawy, które zajmą około rocznego malucha dłużej niż 3 minuty, polecam ten wpis: Niebezpieczne zabawy dla dzieci 1+, dzięki którym ugotujesz obiad

Wyluzuj, matko

Słyszałam historie o restrykcyjnym przestrzeganiu podawania żółtka co drugi dzień i mięsa co trzeci. O niepodawaniu na wszelki wypadek truskawek, bo mogłyby uczulić. I o strachu przed warzywami z supermarketu. I widzę, że z przesadnej troski o dziecko, czasem po prostu przeginamy. Czasem też chcemy dziecko za bardzo „udoroślić”, podając mu pizzę, frytki czy nuggetsy.

Niektórzy twierdzą, że jedynym słusznym pożywieniem dla malucha są słoiczki, bo zostały „przebadane” przez „profesjonalistów”. I spoko, nie mam nic przeciwko słoiczkom, jeśli mają nam ułatwić życie. Ale nie widzę też powodu, dla którego miałabym zrezygnować z samodzielnego gotowania obiadów z „nieprzebadanych” i „niecertyfikowanych” warzyw. Szanuję też rodziców, którzy postanowili, że ich dziecko nie będzie jadło żadnych posiłków z solą czy cukrem do 2 roku życia, choć od jakiegoś czasu sama czasem daję swojemu ponad 1,5 – rocznemu synowi spróbować czekoladę, domowe ciasto i przyprawioną zupę.

Myślę, że wszystko jest dla ludzi, a jedynym wyznacznikiem powinien być zdrowy rozsądek i umiar. Jeżeli na co dzień serwujesz swojemu dziecku zdrowe i zbilansowane posiłki, to odstępstwa w postaci kupnego herbatnika czy kilku chrupków, nie zaburzą jego piramidy żywieniowej.

Do mnie dotarło to w momencie, gdy moja siostra dała polizać mojemu synowi lody, kiedy miał 7–8 miesięcy. Byłam na nią lekko wkurzona i jednocześnie przerażona tym faktem, bo dbałam o to, aby Kuba nie dostawał cukru w takiej postaci. A potem pomyślałam sobie… a co się właściwie stało? Zachorował? Uzależnił się od słodyczy? A może po prostu… poznał nowy smak? 😉

PS Powyższego tekstu nie należy traktować jako porady medycznej czy dietetycznej. W razie wątpliwości najlepiej skonsultować się z dietetykiem.

jak rozszerzyc diete niemowlaka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *