Jedni nie garną się do opieki nad dzieckiem w ogóle, drudzy od samego początku są bardzo zaangażowani, jeszcze inni robią to z mniejszą werwą, ale wykazują inicjatywę. O ile nasi ojcowie raczej mało zajmowali się dziećmi, o tyle nasi partnerzy robią to dużo chętniej. W sferze ojcostwa zaszło sporo zmian, a widok taty na spacerze z dzieckiem nie budzi już zdziwienia. Mój mąż też przewija, kąpie, bawi się z synem, chodzi na spacery, usypia, wstaje w nocy, odkurza czy zmywa naczynia. Ale nie chcę, aby mi w tym wszystkim pomagał.

Chcę, aby było to dla niego naturalne. To dziecko nie jest tylko moje. To mieszkanie, w którym żyjemy na co dzień, także. To nasza wspólnota, tworzymy ją razem. Ale to nie zawsze jest takie oczywiste i – choć daleko nam od patriarchatu – nie zawsze tak idealnie wygląda.

Bo ponoć idealnie i równościowo byłoby wtedy, gdyby odbywało się to bez proszenia.

Proszenie

Zdarza mi się powiedzieć: „Weź go, proszę, przebierz” albo „Poodkurzaj”. Ogólnie używam słowa „proszę”, bo żyje mi się z nim lepiej. Nie uważam tego za wołanie o pomoc, tylko prosty komunikat. Tymczasem w różnych miejscach czytam, że prośba o pomoc wyrażona w ten sposób, np. przy zmywaniu czy przewijaniu dziecka sugeruje, że zmywanie i przewijanie to moje zadanie. Mąż zaś, gdy mi przy tym pomaga, robi mi przysługę. Agnieszka Graff w „Matce feministce” pisze, że kiedy kobieta zaczyna prosić „powieś pranie, umyj wannę” to rezygnuje z równości w związku. No bo prosi, a to wiec tak jakby te domowe obowiązki były jednak jej sprawą.

I dostrzegam w tym rację, i biorę to trochę na dystans. I dylematów z tym proszeniem mam sporo.

Bo to również bardzo potrzebne słowo. I nierzadko mamy z nim problem. Są kobiety, które w ogóle go nie używają w stosunku do swoich bliskich czy dalszych osób z otoczenia, aby czasem ktoś sobie nie pomyślał, że nie daje sobie z czymś rady, nie wyrabia się, nie jest w stanie czegoś udźwignąć. Woli zakasać rękawy i ogarniać wszystko sama, choćby resztkami sił i olbrzymim kosztem siebie. Ewentualnie kobiety czasem liczą, że facet czy ktokolwiek inny będący obok „się domyśli”, a jeśli tego nie zrobi – pretensji tylko przybywa. Są też takie kobiety, które nie poproszą, bo twierdzą, że nie wypada, po co komuś głowę zawracać, lepiej nie zajmować komuś czasu. Albo z obawy przed odmową. Bo co wtedy?

I przez jedno podejście, i przez drugie robimy sobie krzywdę. Naprawdę, łatwo się wykończyć (wiem, w trudnych sytuacjach, gdy nie ma obok zupełnie nikogo, nie ma wyjścia, ale koszt jest spory).

I problem jest wtedy, gdy dopiero w takim momencie wkracza partner i „pomaga”. Gdzie był wcześniej? Kit z taką pomocą. To nie ma być pomoc – to wspólne obowiązki i odpowiedzialność. Gdy słyszę, jak kobieta się żali, że jej partner nie może zająć się dzieckiem czy mieszkaniem, bo przecież „zarabia na dom” otwiera mi się nóż w kieszeni. Gdy słyszę „umyłem CI podłogę”, krew mi się gotuje w żyłach. Bo rozumiem, że on po niej nie chodzi? Lewituje?

Ale jeśli już facet pyta, co może zrobić, nie odpowiadaj, proszę, w ten sposób:

A jeszcze lepiej sama o tym powiedz – wprost, bez ogródek, zanim ktokolwiek zapyta.

Przeczytaj jeszcze:

Grafika: instagram.com/brooklyn_rabbit/

1 thought on “Nie chcę, aby mąż mi pomagał

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *