małe dziecko w samolocie

Im bliżej do wylotu, tym większy towarzyszył mi stres. A co, jeśli będzie płakał w samolocie? A co, jeśli nie usiedzi na miejscu i będziemy biegać za nim po pokładzie. Jak go utrzymamy w ryzach w kolejce do przejścia bezpieczeństwa…  To chyba najczęstsze zmartwienia, które towarzyszą rodzicom lecącym z dzieckiem po raz pierwszy. Jak się przygotować na lot i co ze sobą zabrać? Podejmij wyzwanie pt. małe dziecko w samolocie!

Termin wylotu mieliśmy ustalony jakieś pół roku wcześniej, ponieważ lecieliśmy w konkretnym celu – na komunię (tak, Zachód też obchodzi katolickie komunie i wyglądają one o niebo normalniej niż te nasze, ale o tym może innym razem). Ustaliliśmy także, że nie wykupujemy dużego bagażu. Musimy zmieścić się w trójkę w dwie torby podręczne (dziecku według linii lotniczych torba się przecież nie należy). Żeby zmieścić ubrania na kilka dni i inne potrzebne rzeczy dokupiliśmy także w opcję WizzAir Priority (pierwszeństwo wejścia na pokład mają wszyscy rodzice z dziećmi, nam chodziło o dodatkową torbę), która zapewnia po jeszcze jednej, choć mniejszej torbie do ręki na głowę (jakkolwiek ta ręka na głowę brzmi :D).

Dzięki temu, w sumie mieliśmy cztery bagaże podręczne.

W dwóch większych zmieściliśmy ubrania, dwie mniejsze torby przeznaczyliśmy dla Kuby. Nie, nie wcisnęliśmy go do środka, choć był taki plan. Niestety ma za długie nogi i szyję, i głowa wystawała. Ale wpakowaliśmy niezbędne przedmioty okołoJakubowe. Jakie? Przeczytajcie, co faktycznie polecam, a czego mi zabrakło w tej premierowej podróży.

Lista rzeczy do samolotu:

nosidło – mieliśmy ten luksus, że moja siostra czekała na nas w Anglii z wózkiem, dlatego nie braliśmy swojego. Zdecydowałam się jednak na nosidło, które okazało się strzałem w dziesiątkę. Kuba ma jedną drzemkę w ciągu dnia, około południa. Około południa mieliśmy również wystartować. Przez cały pobyt na lotnisku Kuba biegał wolno (tutaj uwaga: żałuję, że nie miałam smyczy albo czegoś, co mogłoby ograniczać nieco zasięg jego ucieczek, bo zwiewał ile pary w nogach i tak goniliśmy się przez dwie/trzy godziny).

Ale jakieś 15 minut przed wejściem do samolotu, wsadziłam go do nosidła i – odpowiednio zmęczony tym bieganiem – zasnął w kilka minut, dzięki czemu mogliśmy w spokoju zapakować się do samolotu, zapiąć pasy i czekać na start (pierwszeństwo wejścia na pokład jest super, ale potem czas oczekiwania na wylot trochę się dłuży). Również po wyjściu z samolotu łatwiej było nam się ogarnąć i przemieścić na lotnisku w Luton, gdy Kuba siedział właśnie w nosidle.

Polecam, ale tylko, jeśli używacie nosidła na co dzień. Jeśli ma to być pożyczone akcesorium do noszenia, lepiej nie ryzykować, bo maluch może po prostu niechętnie na nie zareagować.

pampersy, chusteczki, podkład – standardowe rzeczy z naszej codziennej torby pieluchowej były niezbędne również w czasie podróży. Zmiana ciśnienia oczywiście pobudziła perystaltykę jelit naszego syna i trzeba było skorzystać z mini przewijaka w samolotowej mini toalecie. Ale daliśmy radę.

jedzenie – w torbie mieliśmy zarówno wodę, jak i owoce w tubkach oraz zupę w słoiku (przyznam się, że pierwszy raz kupiłam słoik i nie wiedziałam, jak Kuba zareaguje na zupę bez smaku, ale był dzielny). Kupiłam też kilka jego ulubionych smakołyków i całkiem nowych słodkości. I właśnie te rzeczy szczerze polecam (choć na co dzień wolałabym go nie faszerować paluszkami i słodkimi wafelkami). Spokój wymaga jednak poświęcenia – przez 20 minut mieliśmy go z głowy.

I jeszcze jedna rzecz – lepiej wziąć więcej jedzenia niż mniej. Na lotnisku spędzimy około 2 godzin, w samolocie w zależności od destynacji (u nas 2 godziny) i na odprawie paszportowej kolejne kilkanaście do kilkudziesięciu minut (u nas ponad godzina!). A jeśli przytrafi nam się opóźnienie… Lepiej przygotować się i wziąć nieco na zapas niż uspokajać głodne, rozdrażnione maleństwo. Powiecie, przecież są sklepy na lotnisku. Tak. Ale po pierwsze: jest bardzo drogo. Po drugie: jest bardzo drogo. I do tego możemy mieć kłopot z kupieniem czegoś sensownego dla małego dziecka.

Uwaga od mojej siostry po przeczytaniu tekstu: nie poleca się butelek antykolkowych i w ogóle butelek z jakąkolwiek rurką, bo pod wpływem zmiany ciśnienia, po otwarciu eksploduje z nich woda/mleko :). I faktycznie potwierdzam. My mieliśmy kubek ze słomką, który w trakcie trysnął fontanną, na szczęście czystej wody.

lek przeciwbólowy – zmiana ciśnienia + np. ząbkowanie mogą być przyczyną olbrzymiego bólu głowy dziecka. Kubie akurat w tym czasie nic nie było, ale profilaktycznie i trochę ze strachu podałam mu dawkę nurofenu przed samym lotem. Wiem, że niektórzy mają sceptyczny stosunek do leków przeciwbólowych, dlatego nic nie sugeruję.

książeczki – Kuba lubi oglądać, a ostatnio nawet CZYTAĆ książeczki. Wzięłam jedną ulubioną i jedną całkiem nową, której wcześniej mu nie pokazywałam. To faktycznie zadziałało. Z zainteresowaniem oglądał ją przez kilka minut (20 + 5 = już 25 minut lotu za nami).

zabawki – brak. Kuba jest dzieckiem niewymagającym, wystarczy mu miotła, garnki i pralka do zabawy, dlatego nawet nie łudziłam się, że będzie się czymkolwiek w samolocie bawił i zabawkami po prostu nie zagracałam cennego miejsca w torbie. Ale jeśli Wasze dziecko lubi samochody, misie, lalki i inne fajne gadżety, najlepiej zabrać ulubiony + nowy, żeby zająć malucha przez dłuższą chwilę.

naładowany telefon z nagranymi bajkami. Jeśli na co dzień lecicie na youtubie, przypominam, że w samolotach WiFi nie działa. Mnie na szczęście olśniło dzień przed wylotem i zdążyłam zgrać na telefon ulubione bajki Kuby + awaryjnie kilka nowych. I tu uwaga: z youtube’a można pobrać filmy za pomocą programów online (wystarczy wpisać w google hasło jak ściągnąć film z youtube). To znacznie prostsze niż szukanie w chomikach i innych takich. I jeszcze jedna uwaga: oszczędzamy baterię! Nie zachęcamy do oglądania na lotnisku, bo może zabraknąć energii na sam lot.

Ponadto:

–  mąż, partner, mama, siostra – polecam latanie w towarzystwie męża, chłopaka, mamy czy siostry. Szczerze podziwiam mamy, które latają z dzieckiem same. Być może jest to kwestia wprawy i dobrej organizacji, ale z bardzo ruchliwym dzieckiem (a które takie nie jest!) to naprawdę wyzwanie. Spotkałam dużo mam podróżujących samodzielnie i niestety w wielu przypadkach są skazane na łaskę współpodróżnych (niektórzy naprawdę w taki sposób się zachowują) – zwłaszcza, gdy muszą jednocześnie ogarnąć i bagaż i dziecko.

dobre nastawienie – w sumie to nie wiem, czy lepiej jest się nastawić źle i później mile zaskoczyć czy raczej od początku podejść do tematu realnie, ale jednak z dobrym nastawieniem. Ja byłam przekonana, że Kuba będzie płakał i krzyczał, bo zmiana ciśnienia, bo ograniczenie przestrzeni, której 1,5 roczne dziecko potrzebuje ze zdwojoną siłą. Okazało się jednak, że w pierwszą stronę (obudził się tuż przed startem) świetnie bawił się rozkładanym stolikiem, jadł nie najzdrowsze przekąski, czytał i oglądał bajki na przemian (i wcale nam nie uciekał, naprawdę!), a lądowanie i start zniósł lepiej niż ja. W drugą natomiast (uwaga, hit!) zasnął tuż po starcie i obudził się dopiero, gdy wychodziliśmy z samolotu. Moje obawy okazały się zatem zupełnie bezpodstawne i z chęcią poleciałabym z nim jeszcze raz. Choć wiadomo, dzieci są różne i mogliśmy trafić na jego gorszy dzień.

Wniosek? Grunt to odpowiednio się przygotować i liczyć na dobre samopoczucie dziecka.

I kupić smycz!

Agata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *