Jak to jest być mamą, czyli dwie skrajności i straszenie macierzyństwem

Jak to jest być mamą? – chociaż mój staż rodzicielski jest krótki, ostatnio często słyszę to pytanie. Zadają je koleżanki w ciąży, których jest teraz dosyć dużo w moim otoczeniu. Przy okazji dziewczyny na bieżąco dzielą się swoimi wątpliwościami, obserwacjami i tym, co je wkurza. Do długiej listy wszelkich denerwujących spraw doszło ostatnio „straszenie macierzyństwem”.

„Współczuję ci! Jak sobie przypomnę te pierwsze chwile i to, jak były trudne, to nie chce do nich wracać i cieszę się, że mam je za sobą”. Albo: „No, ciekawe jakie wasze dziecko będzie sprawiać wam problemy”. Tego typu hasła usłyszała ostatnio jedna z koleżanek, która podzieliła się ze znajomymi informacją, że jest w ciąży. Chyba nie odważyłabym się nikomu tak powiedzieć, choć u nas początki też nie wyglądały kolorowo. Najgorzej jednak, gdy ktoś swoje trudne doświadczenia przekłada na innych (łatwe w sumie też). W końcu nie u wszystkich musi być tak hardkorowo, jak u nas. Być może tej koleżance trafi się akurat dużo mniej wymagające dziecko, prawdziwy anioł, istota mniej temperamentna albo z kolei tzw. High Need Baby, które da nieźle popalić. Różnie bywa. To jest właśnie najciekawsze – totalnie nie wiadomo, co nas czeka ;). Dlatego lepiej się nie nastawiać na żaden konkretny scenariusz, ale też brać pod uwagę różne możliwości.

Albo lukier, albo hardkor

„Jeszcze do niedawna macierzyństwo oficjalnie było cudem, gdzie o trudnych sprawach się nie mówi – dowiaduje się o nich po fakcie” – pisze w swojej książce „Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego” Joanna Woźniczko-Czeczott. I chyba faktycznie tak jest – o macierzyństwie mówiło się w samych superlatywach. Później pojawił się głośny felieton Agnieszki Chylińskiej w „Machinie”, książki typu ta wymieniona powyżej czy „Matka feministka” albo „Macierzyństwo bez lukru”, które te trudy rodzicielskie przedstawiły wprost, szczerze, dobitnie, bez tabu. Tyle, że teraz zaś przegięcie idzie w drugą stronę i często słyszy się samo narzekanie na macierzyństwo czy ojcostwo, dziecko, zmiany w życiu i wszystko, co dzieje się po porodzie. W tematach rodzicielskich są same skrajności – albo coś jest przelukrowane, albo totalnie beznadziejne. Tyle tylko, że gdzieś pomiędzy tymi dwoma biegunami jest jeszcze normalność, a ta z kolei ma wiele barw. I chyba właśnie to czyni ją tak ciekawą.

Jak to jest?  

Jak to jest być mamą? Trochę jeszcze za wcześnie, abym znała odpowiedź. Najczęściej mówię jednak, że jest fajnie, choć bywa ciężko. Dla mnie i mojego męża początki były dość trudne, chociaż mieliśmy święty spokój ze strony najbliższych, nie usłyszeliśmy zbyt wielu „dobrych rad” i dostaliśmy dużo dobrego, ciepłego wsparcia ze strony rodziny, przyjaciół, położnych. A mimo to zdarzało się, że z bezsilności ryczałam razem z Olkiem, bo nie wiedziałam już o co chodzi i jak sprawić, aby nie płakał od rana do wieczora. Pojawiły się też problemy z karmieniem, o których pisałam tutaj. To było trudne, ale dzisiaj myślę, że chyba po prostu normalne. Taki etap, w którym trzeba się dobrze poznać, nauczyć siebie nawzajem, dograć, stawić czoła różnym wyzwaniom. Jedyną osobą, która powiedziała mi wtedy „Poczekaj, niedługo będzie lepiej”, była Agata. I faktycznie – w trzecim miesiącu znienawidzone przez nas czkawki zaczęły pojawiać się rzadziej, Olek płakał mniej, coraz częściej zaczął się cieszyć, później głośno śmiać, teraz buszuje po całej chacie, co jest męczące, ale też cieszy, że zdobywa nowe umiejętności. Na każdym etapie są jakieś wyzwania i trudności, chwile zwątpienia czy załamania („Po co mi to było?!”), ale jest też dużo dobrych momentów. Jest zmęczenie, frustracja, złość, brak sił, nieprzespane noce, chęć zrobienia czegoś dla siebie, osławione kolki, czy później ząbkowanie. Ale jest też dużo miłości, bliskości, radości, ciepła, śmiechu, wygłupów. Poznawanie siebie i partnera w nowych okolicznościach. Wiele zależy od wsparcia (lub jego braku) od strony partnera i otoczenia, od nas samych i od tego jednego, indywidualnego Małego Człowieka.

Sama widzę po sobie, że gdy jestem zbyt zmęczona, zaczynam dużo narzekać, żalić się całemu światu na to macierzyństwo, czy może nawet nim straszyć. Czasem tak bywa. Zwykle jednak, jak już w jakimś stopniu zadbam o siebie i swoje potrzeby, równowaga wraca. Nie kupuję jednak wzniosłych tekstów, że kobieta dopiero, gdy zostanie mamą, będzie żyć pełnią życia, będzie spełniona i znajdzie prawdziwy cel. Wciąż pamiętam moje życie przed dzieckiem – było bardzo fajne, lubiłam je i czasami za nim tęsknię. Nie uważam, że musiałam urodzić, aby odnaleźć sens istnienia.

I nie wiem, jak to się dzieje, ale Natura jest cwana i zaprogramowała to umiejętnie w taki sposób, że możesz być zmęczona, sfrustrowana i mieć wszystkiego dosyć, a wystarczy jeden, niespodziewany uśmiech tego Małego Człowieka i o wszystkim zapominasz. To ten rodzaj lukru, w który kiedyś trudno mi było uwierzyć. A teraz już wiem, że to jednak prawda ;).

A jak tam u Was? Straszą/straszyli Was? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *