adaptacja w zlobku

Do tego tekstu podchodziłam kilka razy, ale tylko dlatego, że nigdy do końca nie poczułam, że adaptacja w żłobku mojego syna to temat zamknięty. Dziś jednak mam trochę więcej dystansu, dzięki któremu mogę opowiedzieć Tobie, Droga Wystraszona Mamo, jak przeżyć ten trudny żłobkowy czas rozłąki z dzieckiem. Tym ukochanym, z którym do tej pory spędzałaś większość (jeśli nie całą) doby, a z którym musisz rozstać się na kilka godzin. Gotowa?

Po co żłobek?

Bez względu na to, czy decyzja o posłaniu dziecka do żłobka jest podyktowana koniecznością lub chęcią powrotu do pracy czy zapewnieniem maluchowi nowych zajęć, to dla każdego dziecka bardzo trudny czas. I nie tylko dla niego (czasem zastanawiam się, kto bardziej przeżywa rozstanie – mama czy dziecko?). Nie pomagają w tym również bliscy i dalsi, którzy z jednej strony karcą Cię za „porzucenie” małego dziecka w imię robienia kariery, a z drugiej twierdzą, że posłanie dziecka do żłobka jest niczym nadzwyczajnym i wpadasz w niepotrzebną histerię.

Jednak w Twoich oczach, maluch rozstający się z ukochaną mamą:

– traci z pola widzenia i czucia kogoś najważniejszego, ostoję bezpieczeństwa, pocieszycielkę w trudnych chwilach, pokarm (jeśli karmimy piersią) i generalnie wszystko, co do tej pory było jego wszystkim. Tak, to bolesne, ale obstawiam (nie sugerujcie się jednak, to żadna ekspercka opinia, może się mylę), że dziecko tak to na początku odczuwa. No bo, jak ma odbierać kilkugodzinne rozstanie z mamą, z którą spędzał 24h na dobę?

Dla odmiany Mama rozstająca się z ukochanym maluchem:

– traci z pola widzenia i czucia kogoś najważniejszego, dla kogo jest ostoją bezpieczeństwa, pocieszycielką w trudnych chwilach, pokarmem i generalnie wszystkim, co do tej pory było jego wszystkim. Tak, to bolesne, ale obstawiam, że mama tak to na początku odczuwa. No bo, jak ma odbierać kilkugodzinne rozstanie z dzieckiem, z którym spędzała 24h na dobę? 😉

Pierwsze dni

Taką wizję jak wyżej miałam, gdy podjęliśmy decyzję o posłaniu Kuby do żłobka. Początkowo maluch poszedł na dwie godziny, po kilku dniach wydłużaliśmy czas pobytu. Był lament, płacz, szloch i ból nie do opisania. I choć brzmi to dla niektórych żałośnie, czy nawet śmiesznie (bo przecież to żłobek, a nie szpital czy zesłanie), każdego dnia, gdy zaprowadzałam Kubę, płakałam razem z nim.

Z jednej strony, wiedziałam, że nie dzieje mu się tam krzywda, jest zadbany, ma dużo ciekawych zajęć, integruje się z dziećmi, uczy się samodzielności i będzie mu łatwiej zaadaptować się w wieku 1,5 roku niż 3 lat (ponoć małe dzieci szybciej przywiązują się do osób, z którymi przebywają niż te starsze, które więcej czają), to moja podświadomość podpowiadała mi: jesteś złą matką, zostawiłaś go tam samego na pastwę żłobianek, mógł zostać z Tobą w domu i czuć się bezpiecznie, a teraz siedzi w kącie i płacze (i do tego zbiera wirusy, więc na pewno zaraz będzie obłożnie chory).

Cóż. Jeśli już to przerabiałaś, prawdopodobnie wiesz, o czym mówię, a jeśli masz przed sobą ten etap, prawdopodobnie przypomnisz sobie o tym wpisie w pierwszym tygodniu żłobkowej adaptacji.

Obawy matki

Ja najbardziej bałam się tego, że Kuba, w wyniku rozstania i pozostawienia samemu sobie w dużej grupie, zamknie się w sobie, zacznie wykazywać jakieś niepokojące objawy (wyczytałam, że dzieci przebywające w żłobkach zbyt długo stają się apatyczne, a nawet włącza im się choroba sieroca!). I że przestanie mnie kochać (!).

I wiecie co? Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, przeczytanych strasznych historii żłobkowych oraz wszelkich niepotrzebnych nikomu opowieści na forach i grupach matek, dochodzę do wniosku, że matki to wariatki. Serio. I nikogo tu nie chcę obrażać, bo musiałabym wbijać szpilę samej sobie. To po prostu jakiś inny stan umysłu, który ciężko zmienić.

Czas, czas, czas

Jedynym lekarstwem jest chyba tylko czas, który pozwala oswoić się z nową sytuacją. Ta chwila oddechu, wolności, o którą często walczysz z mężem w kontekście opieki nad dzieckiem, w pierwszych dniach żłobka okazuje się chwilą udręki, ciągłego rozmyślania o tym, czy maluch płacze, śpi, je, a może… dobrze się bawi? Z dnia na dzień, gdy ten najtrudniejszy okres mija, zaczyna robić się coraz spokojniej i pewniej.

Po dwóch tygodniach (czasem dłużej, wszystko zależy od dziecka) widzisz, że żłobiak/żłobuz/żłobianin (więcej propozycji nazewnictwa przeczytacie w tym poście, niektóre są mocne) pokazuje, że potrafi chodzić na paluszkach, że sam pije z kubka, a gdy go odbierasz widzisz jego pracę plastyczną (nie wiem, jak panie żłobianki to robią przy takiej liczbie dzieci W TYM WIEKU) wiszącą na drzwiach. I wtedy, nawet jeśli poranne rozstania dalej obarczone są łzami wielkimi jak grochy, dostrzegasz, że Twoje dziecko chyba ma się dobrze i że ta owiana złą sławą instytucja, wcale nie robi mu krzywdy, a wręcz odwrotnie.

Maluch rozwija się, uczy nowych rzeczy, doskonali umiejętności, łatwiej nawiązuje kontakt z innymi i… (w naszym przypadku to było coś, o czym marzyłam od urodzenia Kuby) dużo lepiej śpi w nocy! A Ty masz czas dla siebie, możesz spokojnie pójść do pracy, ogarnąć coś w domu, pomalować paznokcie i nie mieć pościelowego wzorku (do momentu aż maluch nie złapie pierwszej infekcji ;), wtedy zaczynasz wszystko od nowa, ale dasz radę!)

Mnie bardzo pomógł ten list, który w czasie pierwszych, bardzo trudnych dni znalazłam w szafce Kuby. Zapewniam, w połowie będziecie płakać, dlatego lepiej przygotujcie chusteczki:

PS Chcę napisać tekst o tym, jak wcześniej przygotować malucha na żłobkowe rozstanie (bo jest kilka pomocnych rzeczy, które możecie zrobić), co Wy na to?

Agata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *